Nieudana baba…., czyli kłopoty wielkanocne

Nadejście Wielkanocy miało, tak jak i dziś, prócz sakralnego wymiar kulinarny.

Przygotowania do świątecznego ucztowania rozpoczynano od zgromadzenia solidnych zapasów mięsiwa. Zaczynały się więc wiosenne polowania i świniobicie.

W ślad za wyrobami mięsnymi szły słodkości: rozmaite placki, drożdżówki, różne odmiany mazurków na kruchym cieście lub opłatku i – niekwestionowane królowe wielkanocnych wypieków – baby.

Pieczono je z pszennej mąki z dużą ilością żółtek utartych z cukrem z dodatkiem olbrzymich rodzynek i mielonych migdałów. Ich wysokość (zdarzały się, zwane łokciowymi, baby półmetro­we!), puszystość, lekkość świadczyła o kunszcie gospodyni, nic dziwnego zatem, że wlane w formę, przykryte lnianą ściereczką ciasto na baby trzymano pod kluczem. Nie miały doń dostępu ani dzieci, ani mężczyźni, strzeżono też baby przed przeciągiem a nawet hałasem, z obawy, że pieczołowicie doglądane ciasto mogłoby opaść niwecząc wszelkie wysiłki. Po wyjęciu z pieca kładziono je z szacunkiem na puchowych pierzynach do wystygnięcia.

Komentuj